Hodowca

 

Hodowca

Grzegorz żył wiele lat temu. Uważany za dziwaka, którym faktycznie chyba był, nie miał wielu znajomych, o przyjaciołach nie wspominając. Przygarnięty lata temu przez proboszcza, mieszkał na stryszku plebanii, rzadko wychodząc na zewnątrz. Proboszcz od dawna z chęcią pozbył by się go, ale miał dobre serce, więc Grzegorz miał zapewniony dach nad głową i ciuchy, które parafianie oddawali „dla biednych”.

Zarabiał na życie najmując się dorywczo do różnych zajęć. Przynosiło mu to skromny dochód, który przeznaczał częściej na księgi, niż pożywienie. Ubrany niemodnie, traktowany najwyżej z pobłażliwością przez środowisko pozostawał samotnikiem.

Nikt nie wiedział, że Grzegorz był bardzo inteligentnym człowiekiem. Nikt również nie zwracał uwagi na księgi, po odbiór których przychodził do lokalnego sklepikarza. „Alchemia kosmosu”, a cóż to za tytuł. Nic ciekawego. Sklepikarz zerknął na okładkę opasłego tomiszcza, czekającego na właściciela.

– Janek idź no do Grzegorza, powiedz, że przywieźli tę księgę. Niech nie zapomni pieniędzy. Tego akurat nie musiał mówić. Grzegorz zawsze płacił za zakupione dzieła.

-Aa, dodał. Nie zapomnij zastukać w drzwi, może otworzą się same, zarechotał. Grzegorz czasem mówił mu co sądzi o przeczytanych księgach. Niedawno na przykład powiedział, że wierzy w to, że ludzie będą budować latające dorożki a drzwi w domach będą otwierać się same, kiedy stanie w nich właściciel. Mówiąc to, wzbudził ogólną wesołość w sklepiku. Jak zwykle.

Jednego wieczoru, wracając do siebie spotkał proboszcza. Nie wiedząc czemu zaczął opowiadać mu o możliwości rozmnażania kamieni metodą, którą właśnie odkrył. Proboszcz nie chcąc urazić Grzegorza, przytakiwał jego słowom, do momentu, kiedy ten stwierdził, że jest w stanie wyhodować stado kamieni, które będą żywe, jak każdy organizm. To było za dużo jak na prowincjonalnego proboszcza.

-Mój drogi, odparł. Dzieło stworzenia jest w rękach Boga, Pana naszego. Nie bluźnij Grzegorzu, bo to grzech.

-Ależ księże proboszczu, ja mam próbki, mogę je pokazać. Zrobiłem bardzo dużo próbek, które obserwuję.

– I co zaobserwowałeś?

-Jeszcze nic, ale jestem pewien, że kamienie się rozmnożą we właściwym czasie. Mam je ułożone w pudełkach, jeden na drugim, leżą i czekają na swój czas. Tam na górze je mam, jeśli proboszcz zechce zerknąć, zapraszam.

-Grzegorzu, odparł proboszcz. Nie chcę słyszeć o twoich eksperymentach, nie tak dawno przecież wypaliłeś dziurę w dachu. Jutro wyślę cię do mojego dalekiego kuzyna, do miasta, który zbada twą głowę i wyleczy ją z dziwacznych pomysłów.

W istocie, było to bardzo na rękę proboszczowi, pozbyć się Grzegorza. Postanowił wysłać go do przytułku dla obłąkanych, z którego chorzy już nie wychodzą. Grzegorz, zdany na łaskę i niełaskę proboszcza zgodził się tam udać dobrowolnie. Zabrał swoje księgi i nigdy więcej nie wrócił ani do plebanii, ani do swojego miasteczka. Przypuszczalnie dokonał tam żywota karmiony miksturami działającymi na rozum i układ nerwowy.

To, co po sobie zostawił, proboszcz kazał wynieść na śmietnik. Tak też zrobiono. Niektóre przedmioty, jak pióro i notatniki przywłaszczył sobie organista, ale cała resztę dobytku wyrzucił, jak kazał proboszcz. Zaklął kiedy zobaczył na półce kilkanaście szklanych skrzynek, w których spoczywały kamienie, po dwa w każdej skrzynce. Ciężkie to i nieporęczne. Organista wyrzucił zawartość większości pudełek, które postanowił spieniężyć u sklepikarza. Całość spakował do worka i wyrzucił do strumienia.

Wkrótce po tych wydarzeniach wybuchła wojna, która zmiotła z powierzchni całe miasteczko. W pobliżu zbudowano później autostradę, która służyła ludziom przez kolejne 200 lat, ale miasteczka nigdy nie odbudowano.

Pewnego roku zdecydowano, że autostrada jest zbyt wąska i należy ją rozbudować. Planiści wytyczyli plany, projektanci wykonali projekt i jak zawsze w takich wypadkach, zanim rozpoczęto prace, ziemię zryli archeolodzy, w poszukiwaniu skarbów minionych epok.

Kierownik biura archeologicznego odbierał raport od pracowników. Jutro miał zakończyć swoje działania i podpisać protokół, umożliwiający pracę budowlańcom. Szybko podpisał sterty dokumentów i przekazał swojej asystentce.

-To wszystko Pelagio, powiedział, uśmiechając się. Proszę to przekazać urzędom, ja swoje zrobiłem.

-Oczywiście panie kierowniku, odparła Pelagia, zbierając pokaźne pęki papierowych dokumentów. Odwróciła się dziarsko i w tej chwili wszystkie papiery wypadły jej z rąk, Pelagia chcąc je złapać strąciła niewielki szklany pojemnik stojący na stoliku.

-Bardzo przepraszam, krzyknęła. Co ja narobiłam.

– Nie przejmuj się. Mam kilka egzemplarzy. Przyniósł to jeden z archeologów, ale to chyba nie było ważne znalezisko, rzekł kierownik. Nie wiem czemu miałoby to służyć. Jakieś dziecko chyba bawiło się, wkładając do środka słojów kamienie. O widzisz, dodał, tu mam drugi taki sam słoik. I widzisz, jak i w tamtym, tutaj też są trzy kamyki.

Skomentuj przy pomocy facebooka