Eksterminator

Józef jak co dzień siedział przed komputerem i wypełniał cyframi rozmaite tabele. Tabele między sobą nie różniły się właściwie niczym i Józef podejrzewał, że nikt nigdy ich nie czyta. Ale za to mu płacono, więc zbytnio nie marudził. Czasem zmieniał również tytuł tabeli, jeśli w notatkach służbowych, które otrzymywał od swojego kierownika znalazł takie polecenie.
Ubrany w powyciągany sweter, który podarowała mu ciocia Zosia jeszcze przed maturą, wyglądał zupełnie przeciętnie i niczym, ale to niczym nie wyróżniałby się w tłumie, gdyby przypadkiem w jakimś się znalazł. Zwracałby na siebie uwagę całkiem jak tabele, które codziennie wypełniał.
Oprócz swetra miał na sobie nowiutkie dżinsy i trochę przykurzone trampki.
Dżinsy były jego oczkiem w głowie. Lubił mieć nowe, sztywne ciemno granatowe spodnie, wymyślone kiedyś dla klasy robotniczej. Dbał o nie i kiedy tylko miał odłożone trochę gotówki kupował nowe. Najchętniej markowe, firmy Levi Strauss. Marzył o oryginalnych dżinsach produkowanych w Ameryce, ale takich już od dawna nikt nie oferował w jego mieście.
Poza wypełnianiem tabel, Józef miał jeszcze jedno zajęcie, o którym nikt, oprócz niego nie wiedział. Był najlepszym w mieście, a może i województwie eksterminatorem.
Gdyby ktoś przeprowadził właściwe badania okazałoby się, że Józef jest w tym najlepszy na świecie. Ale nikt nigdy nie zbadał tego środowiska, nie porównał wyników w tabelach i nie opublikował w fachowym piśmie dla eksterminatorów.
Każdego roku mniej więcej od końca marca, czasem do późnych jesiennych miesięcy Józef niszczył całe stada komarów, przyczyniajac się bardzo do ograniczenia ich populacji.
Siedziąc przed swoim ekranem, potrafił wyśledzić latającego za oknem owada wcześniej, niż tamten wyczuł wydychany przez Józefa dwutlenek węgla. Pozornie obojętny, krótkimi ruchami myszy komputerowej wypełniał właściwe komórki. Jednak śledził ruch bzyczącego wroga, potrafił w myślach przewidzieć trajektorię jego lotu i wyobrażając ją sobie przestrzennie, bezbłędnie określał punkt, w którym komar gwałtownie zetknie się z rzeczywistością – lewą dłonią Józefa. We właściwej chwili błyskawicznie wyciągającą się we właściwym kierunku, pod kątem uwzględniającym podmuch powietrza, który mógłby komara przesunąć z obranej drogi. Nie mógł spudłować. Komar zdezorientowany gwałtownie hamował wewnątrz dłoni. Jego instynkt ucieczki nie miał szans przed błyskawicznie opadającymi nań palcami, rozgniatającymi go w mgnieniu oka na bezkształtną masę białkową.
Józef szczególnie lubił komary atakujące jego stopy. Natręt sądząc, że jest niewidzialny na tle szarych skarpetek, śmiało wlatywał w strefę ich oddziaływania. Nic z tego. W chwili kiedy wyciągał kłujkę i szykował się do aktu maskowanej agresji, dosięgała go ręka, na zawsze niwecząca jego plany przedłużenia gatunku.
Zawsze bezbłędnie i zawsze celnie.
Przynajmniej tak się Józefowi wydawało.

Kraków, marzec 2016

Skomentuj przy pomocy facebooka